Z wizytą na Highbury
| Strefa kibica - Felieton |
Arsenal - Manchester City 1:0
Highbury, symbol londyńskiego klubu Arsenal obchodzi w tym roku swoje 92-lecie i zarazem ostatni sezon służy popularnym Kanonierom jako siedziba i główna arena zmagań.
22 października 2005 roku to zarazem data ostatniej wizyty Manchesteru City na tym obiekcie w walce o ligowe punkty.
Obiekt, położony w dzielnicy domków jednorodzinnych, niemalże do ostatniego momentu jest ... niewidoczny.
Trafić w okolice stadionu można było w oparciu o informacje, iż powstający nowy obiekt Arsenalu, na około 60 tys. widzów, jest widoczny już z daleka a położony jest około kilometra od Highbury.
Podróż z centrum Londynu zajęła około godziny i pod stadionem zameldowałem się o 14:15 czyli 45 minut przed rozpoczęciem spotkania.
Miałem szczęście, iż droga, którą szedłem na stadion prowadziła do South Stand, trybuny na której mieszczą się sektory kibiców gości.
Wszytskie boczne ulice zastawione były przez niezliczoną ilość autokarów, którymi przybyli fani City.
Kilka małych grupek kibiców City, których śpiewy słychać było z daleka, spędzały ostatnie chwile pod okolicznymi pubami popijając piwo.
Pod stadionem spotkałem się z kilkoma fanami City, które poznałem w Grodzisku i podczas pobytu w Manchesterze.
Na wypełnionym po brzegi stadionie, punktualnie o 15 rozpoczęło się ligowe spotkanie pomiędzy Arsenalem a Manchesterem City.
Łączna liczba fanów City na Highbury to 2860 gardeł a więc sektory gości wypełnione do ostatniego miejsca. Z Manchesteru przyjechały rodziny, młodzi, a także wiekowi kibice, którzy co drugi weekend oddają się podróżom i emocjom towarzyszącym spotkaniom City.
Od początku spotkania dominował bardzo głośny doping City, który trwał niemal nieprzerwanie do ostatniego gwizdka sędziego M. Rileya.
Nasze sektory umilkły jedynie dwukrotnie w sytuacjach, kiedy Arsenal wykonywał rzuty karne.
W pierwszym przypadku, naszym zdaniem, co później potwierdziły telewizyjne powtórki, sędzia zbyt pochodnie odgwizdał faul D. Jamesa na T. Henry i upust złości nasze sektory dały krzycząc w kierunku Francuza 'cheat, cheat, cheat...'
Drugi raz, lecz tylko na chwilkę, zamilkliśmy słysząc ponownie odgwizdany rzut karny, tym razem po faulu na D. Bergkampie.
Jednakże dwa razy sektory wybuchły radością... Najpierw ze sprawą spartaczonego przez Francuzów rzutu karnego a drugim razem w momencie, gdy piłkę do siatki Arsenalu skierował, po strzale głową D. Vassell.
Radość zamieniła się jednak szybko w smutek i złość bowiem sędzia, potocznie nazywany Pinokiem, nie uznał bramki dla City.
Od tego momentu co kilka minut nasze sektory dosyć głośno dawały upust złości śpiewając: 'One nought for the referee, one nought for the referee,...'
Mecz był bardzo wyrównany, a końcowe statystyki pokazały, iż to Manchester oddał więcej strzałów na bramkę J. Lehmanna.
Kibice Arsenalu, którzy nie byli zadowoleni z przebiegu spotkania, momentami nie prowadzili dopingu i po okolicy niosły się tylko pieśni wychwalające City.
W pewnym momencie grupka fanów City zainicjowała pieśń, którą podchwyciła większość i tym sposobem zaczęliśmy śpiewać: 'Shall we sing the song for you' a po chwili 'Arsenal, Arsenal, Arsenal'.
Tak, cisza, brak dopingu zdumionych bardzo dobrą grą City fanów Arsenalu kuła w uszy.
Kolejnymi, nieco godzącymi w fanów Arsenalu, okrzykami były np. 'Highbury library...' Nie ukrywam, iż na twarzach wszystkich fanów City rysował się pewien uśmieszek, iż nas słychać kilkukrotnie lepiej.
Zmobilizowało to miejscowych do dopingu i wraz z rosnącymi emocjami na boisku, robiło się coraz ciekawiej.
Dokonane przez Pearce'a w końcówce zmiany spowodowały, iż ostatnie 10 minut to ogromna przewaga City.
Okres ten był też niesłychanie aktywny dla naszych sektorów, bowiem nieustanny i głośny doping dodawał otuchy zawodnikom do falowych ataków.
Niestety, ostatni gwizdek pozbawił nadziei na korzystny wynik.
Manchestere City przegrał, jednak piłkarze za walkę, determinację otrzymali od nas sporą porcję oklasków.
Tuż po końcowym gwizdku nie zapomnieliśmy jednak o arbitrze spotkania, przypominając jemu, iż trudno wygrać w w nierównej walce dedykując mu raz jeszcze: 'One nought for the referee, one nought for the referee...'
Powrót z meczu bardzo spokojny. Wraz z kolegą przebyliśmy pieszo drogę wzdłuż ulicy, gdzie mieści się wiele pubów fanów Arsenalu. Nie kryliśmy barw (koszulek City) i jedynie byliśmy co najwyżej obiektem kilku słownych zaczepek fanów ubranych w bordowe koszulki i popijających piwo, które traktowane z uśmiechem obustronnie ładgodziły nastroje.
Nie od dziś wiadomo, że fani Arsenalu nie należą do ulubieńców City jednakże nie jest to kaliber spotkań z Millwall czy United.
W Londynie jesteśmy najbardziej mile widziani, zresztą z wzajemnością, na Upton Park, a więc see you London in April.
by Bart
Highbury, symbol londyńskiego klubu Arsenal obchodzi w tym roku swoje 92-lecie i zarazem ostatni sezon służy popularnym Kanonierom jako siedziba i główna arena zmagań.
22 października 2005 roku to zarazem data ostatniej wizyty Manchesteru City na tym obiekcie w walce o ligowe punkty.
Obiekt, położony w dzielnicy domków jednorodzinnych, niemalże do ostatniego momentu jest ... niewidoczny.
Trafić w okolice stadionu można było w oparciu o informacje, iż powstający nowy obiekt Arsenalu, na około 60 tys. widzów, jest widoczny już z daleka a położony jest około kilometra od Highbury.
Podróż z centrum Londynu zajęła około godziny i pod stadionem zameldowałem się o 14:15 czyli 45 minut przed rozpoczęciem spotkania.
Miałem szczęście, iż droga, którą szedłem na stadion prowadziła do South Stand, trybuny na której mieszczą się sektory kibiców gości.
Wszytskie boczne ulice zastawione były przez niezliczoną ilość autokarów, którymi przybyli fani City.
Kilka małych grupek kibiców City, których śpiewy słychać było z daleka, spędzały ostatnie chwile pod okolicznymi pubami popijając piwo.
Pod stadionem spotkałem się z kilkoma fanami City, które poznałem w Grodzisku i podczas pobytu w Manchesterze.
Na wypełnionym po brzegi stadionie, punktualnie o 15 rozpoczęło się ligowe spotkanie pomiędzy Arsenalem a Manchesterem City.
Łączna liczba fanów City na Highbury to 2860 gardeł a więc sektory gości wypełnione do ostatniego miejsca. Z Manchesteru przyjechały rodziny, młodzi, a także wiekowi kibice, którzy co drugi weekend oddają się podróżom i emocjom towarzyszącym spotkaniom City.
Od początku spotkania dominował bardzo głośny doping City, który trwał niemal nieprzerwanie do ostatniego gwizdka sędziego M. Rileya.
Nasze sektory umilkły jedynie dwukrotnie w sytuacjach, kiedy Arsenal wykonywał rzuty karne.
W pierwszym przypadku, naszym zdaniem, co później potwierdziły telewizyjne powtórki, sędzia zbyt pochodnie odgwizdał faul D. Jamesa na T. Henry i upust złości nasze sektory dały krzycząc w kierunku Francuza 'cheat, cheat, cheat...'
Drugi raz, lecz tylko na chwilkę, zamilkliśmy słysząc ponownie odgwizdany rzut karny, tym razem po faulu na D. Bergkampie.
Jednakże dwa razy sektory wybuchły radością... Najpierw ze sprawą spartaczonego przez Francuzów rzutu karnego a drugim razem w momencie, gdy piłkę do siatki Arsenalu skierował, po strzale głową D. Vassell.
Radość zamieniła się jednak szybko w smutek i złość bowiem sędzia, potocznie nazywany Pinokiem, nie uznał bramki dla City.
Od tego momentu co kilka minut nasze sektory dosyć głośno dawały upust złości śpiewając: 'One nought for the referee, one nought for the referee,...'
Mecz był bardzo wyrównany, a końcowe statystyki pokazały, iż to Manchester oddał więcej strzałów na bramkę J. Lehmanna.
Kibice Arsenalu, którzy nie byli zadowoleni z przebiegu spotkania, momentami nie prowadzili dopingu i po okolicy niosły się tylko pieśni wychwalające City.
W pewnym momencie grupka fanów City zainicjowała pieśń, którą podchwyciła większość i tym sposobem zaczęliśmy śpiewać: 'Shall we sing the song for you' a po chwili 'Arsenal, Arsenal, Arsenal'.
Tak, cisza, brak dopingu zdumionych bardzo dobrą grą City fanów Arsenalu kuła w uszy.
Kolejnymi, nieco godzącymi w fanów Arsenalu, okrzykami były np. 'Highbury library...' Nie ukrywam, iż na twarzach wszystkich fanów City rysował się pewien uśmieszek, iż nas słychać kilkukrotnie lepiej.
Zmobilizowało to miejscowych do dopingu i wraz z rosnącymi emocjami na boisku, robiło się coraz ciekawiej.
Dokonane przez Pearce'a w końcówce zmiany spowodowały, iż ostatnie 10 minut to ogromna przewaga City.
Okres ten był też niesłychanie aktywny dla naszych sektorów, bowiem nieustanny i głośny doping dodawał otuchy zawodnikom do falowych ataków.
Niestety, ostatni gwizdek pozbawił nadziei na korzystny wynik.
Manchestere City przegrał, jednak piłkarze za walkę, determinację otrzymali od nas sporą porcję oklasków.
Tuż po końcowym gwizdku nie zapomnieliśmy jednak o arbitrze spotkania, przypominając jemu, iż trudno wygrać w w nierównej walce dedykując mu raz jeszcze: 'One nought for the referee, one nought for the referee...'
Powrót z meczu bardzo spokojny. Wraz z kolegą przebyliśmy pieszo drogę wzdłuż ulicy, gdzie mieści się wiele pubów fanów Arsenalu. Nie kryliśmy barw (koszulek City) i jedynie byliśmy co najwyżej obiektem kilku słownych zaczepek fanów ubranych w bordowe koszulki i popijających piwo, które traktowane z uśmiechem obustronnie ładgodziły nastroje.
Nie od dziś wiadomo, że fani Arsenalu nie należą do ulubieńców City jednakże nie jest to kaliber spotkań z Millwall czy United.
W Londynie jesteśmy najbardziej mile widziani, zresztą z wzajemnością, na Upton Park, a więc see you London in April.
by Bart
| « poprzednia | następna » |
|---|





















